Śnieg, lód i piątek trzynastego – część 2

Ferraty w Doloitach. Gruppo di Brenta, lodowiec powyżej schroniska XII Apostoli

W zasadzie lawin zaczęliśmy się obawiać dopiero po odbytym kursie lawinowym, organizowanym od lat w Dolinie Pięciu Stawów. Wcześniej, zupełnie nieświadomi niebezpieczeństw chodziliśmy szczęśliwi, nie martwiąc za bardzo problemem zwałów śniegu nad czy pod nami. Pewnie dlatego, że większość naszych zimowych wypadów w góry odbywała się w towarzystwie przewodników i dopiero samodzielne skitoury i nieodzowny w takiej sytuacji kurs lawinowy nauczyły nas szacunku dla śniegu. Ale trawers lodowca latem to zupełnie inna bajka. Gdy po raz pierwszy wybraliśmy się na ferraty do Gruppo di Brenta, kilka dni po przejściu trasy Bocchette ruszyliśmy na Sentiero dell’Ideale. Niestety w domu zostawiliśmy nasze świetne, lekkie raki, i te zwykłe i te do półautomatów, więc po przygodzie z trawersem po lodzie na szybcika dokupiliśmy w Dimaro takie jakie były, takie raczki na wszelki wypadek. Wstyd się do nich przyznać, do chodzenia po oblodzonym chodniku wystarczą, ale w góry się na pewno nie nadają. Tak uzbrojeni ruszyliśmy w drogę. Nocleg zaplanowaliśmy w schronisku Tosa. Trasa wiodła przez schronisko Dwunastu Apostołów (Rifugio XII Apostoli 2489 m), za nim na przełęcz Bocca del Camosci. Przed nami szły dwie osoby pewnie poruszając się w terenie. Patrząc na ubiór, naszywki, wiszące ekspresy, repy – zawodowcy. A na poważnie pierwszy z nich był przewodnikiem, ale i jego przyjaciel wyglądał na osobę obytą z górami. Podeszliśmy do miejsca, w którym należało założyć raki. Patrzymy, a nasi towarzysze wyciągają poważny sprzęt. Postanowiliśmy przeczekać chwilę i dopiero w samotności założyć nasze… „raki”. Z dołu od czoła lodowca w górę podchodziła jeszcze trójka młodych ludzi. My powoli ruszyliśmy na początkowo łatwe pole śnieżne. Cały lodowiec ma może 200 metrów szerokości w tym miejscu, metę widać na wyciągnięcie ręki. Nasi towarzysze byli już w połowie drogi przez lodowiec, ale szli powoli, bardzo ostrożnie. Podchodzący z dołu coś do nich wołali, wyciągnęli mapę, chyba pytali o drogę. Po chwili ruszyli w górę, ale droga przed nimi stawała się coraz bardziej stroma. My doszliśmy do końca śniegu, przed nami lód, stroma, mocno pochyła ściana lodu z gęsto wtopionymi kamieniami. Nie spodobało się nam to, co zobaczyliśmy, nawet w porządnych rakach byłoby niebezpiecznie. Przydałaby się śruba lodowa i lina. Przez wtopione kamienie ciężko było porządnie wbić zęby raków w lód. Nasi towarzysze szli dalej bardzo ostrożnie, uważając na każdy krok, a trójka młodzieży mozolnie, ale już niemal na czworakach wspinała się w górę. My przyglądaliśmy się trasie i postanowiliśmy podejść polem śnieżnym wyżej i poszukać łatwiejszej drogi niż trawers po stromym lodzie. Kasia została, a ja ruszyłem w górę. Zanim dotarłem do końca śniegu, jakieś 50–60 m wyżej, pierwszy z trójki podchodzącej od czoła lodowca poleciał w dół. Gdy wróciłem, usłyszałem od Kasi natychmiastowe pytanie:
– Widziałeś?
– Pewnie, facet zjechał po lodzie ze 100 metrów w dół, musiał się nieźle poobijać na tych kamieniach! Ale chyba nic mu nie jest, bo idzie z powrotem pod górę.
– I co robimy?
– Górą nie przejdziemy, jest tak samo stromo i mało bezpiecznie – odpowiedziałem.
W tym czasie ten, który zjechał w dół, dołączył do swoich przyjaciół, razem podeszli na naszą wysokość i ruszyli trawersem w lewo, śladem naszych poprzedników. Patrzyliśmy uważnie za nimi. Nie przeszli 10 metrów jak następny poleciał w dół, leciał i leciał… kurde, kiedy się w końcu zatrzyma? Miałem bardzo złe przeczucia gdy patrzyłem jak leciał w dół, ale gość w końcu zatrzymał się, wstał, otrzepał, coś krzyknął do przyjaciół i ruszył ponownie w górę. My na ten widok mieliśmy dość wrażeń na ten dzień. Postanowiliśmy w naszych raczkach zawrócić. Trzeba jednak choć trochę rozsądku zachować, aby nie znaleźć się w jednym szeregu ze zwycięzcami nagród Darwina. Dwóch już poleciało, a jak się mówi – do trzech razy… Nie chcieliśmy sprawdzać słuszności tego przysłowia. Ruszyliśmy drogą dookoła. Najpierw planowaliśmy przejść w dół kawałkiem trasy Via ferrata Alpinistica Daniele Martinazzi w stronę Rifugio Brentei, następnie ponownie w górę w stronę Sella di Tosa, obchodząc Crozzon di Brenta, i Cima Tosa dojść do schroniska Tosa.

Dalej oddam głos Kasi, która tak to na gorąco opisała w 2017 roku:
Ruszyliśmy w dół brzegiem lodowca. Niestety, jak wiadomo, z lodowca lubią odrywać się kamienie i pędzić sobie w dół. Szczególnie po jego południowym zboczu. Dosyć szybko pokonywaliśmy kolejne metry i od czasu do czasu widzieliśmy w okolicy takie pędzące kamyczki. Nagle, kilkadziesiąt metrów nad nami, usłyszeliśmy groźny łoskot… gdy obróciłam się i podniosłam głowę, Lechu już krzyczał: Uciekaj!!! Zobaczyłam wielki kamlot rozpędzający się i pędzący prosto na nas! Ruszyłam w lewo, w kierunku, z którego przyszliśmy. Takie rzeczy dzieją się instynktownie i trzeba liczyć na łut szczęścia. W którym kierunku pomknie? A mknął tak, że zdążyłam zrobić 2-3 kroki i gdy zerknęłam w jego kierunku zobaczyłam pędzący prawie metrowej średnicy kamlot i unoszący się dokoła niego pył rozbijanych po drodze kamyczków. Minął mnie! 2–3 metry ode mnie! Lechu??? (Był kilka metrów poniżej mnie, za moimi plecami). Błyskawicznie spojrzałam przez ramię i zobaczyłam, że Lechu jest też już bezpieczny, a kamlot – już daleko od nas sunie w dół… Po chwili zatrzymał się. Nie opiszę emocji, które wtedy mną targnęły… Po dojściu do siebie na szczęście już bez przygód dotarliśmy do bezpiecznej części trasy. Jakieś trzy godziny później byliśmy już w sympatycznym i spokojnym Rifugio Tosa 🙂

Cóż, muszę powiedzieć, że tego dnia nawet wyjątkowo lichej jakości wino w schronisku smakowało wyśmienicie.

Następnego dnia spotkaliśmy naszych towarzyszy z lodowca, tzn. dwójkę, która szła przed nami poprzedniego dnia. Zapytaliśmy, czy komuś ze zjeżdżających w dół nic się nie stało. Na szczęście obyło się bez poważnych urazów, ale krew się jednak polała. Zapytali nas którędy my poszliśmy, i pochwalili nasz wybór, mówiąc, że trasa była tego dnia wyjątkowo trudna, choć byli na niej wcześniej wiele razy.

Zostało nam po tym dniu kilka wniosków:

  1. Nikomu nie polecimy tej trasy do przejścia.
  2. Szczęście jest bardzo ważne, ale lepiej na nie liczyć.
  3. Dobre planowanie tras to podstawa.
  4. Odpowiedni sprzęt jest jeszcze ważniejszy.
  5. Raczki nie nadają się w prawdziwe góry!

Nie ma komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Rozpocznij druk i naciśnij przycisk Enter, aby wyszukać

Koszyk

Brak produktów w koszyku.