Historia pewnego spotkania…

Od czego zacząć, to zawsze największy problem każdego autora, a kiedy autorów jest dwóch, problem rośnie wykładniczo wraz z emocjami rozmowy i liczbą pomysłów. Na szczęście dla mnie współautorka przewodnika Dolomity na ferratach, a jednocześnie moja ukochana partnerka, zostawiła mi pełną swobodę pisania na tym blogu. Problem jednak pozostał.

Najłatwiej byłoby opowiedzieć o tym, jak to się stało, że my, ludzie znad morza, wylądowaliśmy w górach – ale o tym może jednak później. Wymyśliłem sobie, że na początek podzielę się z wami pewną historią, taką, która mogła się tylko tam, w górach, zdarzyć. Otóż 13 sierpnia 2013 roku wybraliśmy się z przewodnikiem Jaśkiem Gąsienicą Rojem II1 na wycieczkę w Tatry. Celem był bardzo znany szczyt po słowackiej stronie – Ganek. Gdy przechodziliśmy przez Dolinę Złomisk, wyminęliśmy starszego pana, który spokojnie szedł w tym samym, jak się później okazało, kierunku. Kroki stawiał niepewnie, jednocześnie bardzo ostrożnie podpierając się przy każdym przejściu z kamienia na kamień kijkami. Mijając się, wymieniliśmy zwyczajowe przywitanie, a w odpowiedzi usłyszeliśmy wesołe słowackie: Ahoj. Kilka minut później podeszliśmy pod ścianę, do miejsca, w którym trzeba było złożyć uprząż. Starszy pan podszedł do nas, a Jasiek spytał go:

– Wybieracie się na Ganek?

W odpowiedzi padło niejednoznaczne:

– Może…

Ku mojemu zdziwieniu Jasiek zaproponował naszemu niespodziewanemu towarzyszowi, żeby poszedł z nami na jednej linie. Słowak podziękował i odmówił, ale poprosił, abyśmy od czasu do czasu na niego spojrzeli i mieli go pod obserwacją. Trasa normalna na Ganek nie jest specjalnie trudna, ale spaść w kilku miejscach można. Ekspozycja jest znaczna i choć wspinaczka łatwa, to jednak kilkaset metrów trzeba w górę podejść. Powoli wspinaliśmy się w stronę szczytu, a sporo starszy od nas Słowak powoli szedł naszym szlakiem. Miałem wtedy pięćdziesiąt lat, byłem w całkiem niezłej kondycji i szedłem w górę asekurowany liną przez świetnego przewodnika, a za mną wspinał się człowiek wyglądający na dużo, dużo starszego ode mnie i szedł sam, bez liny, bez asekuracji. Słowa „każdy ma swój Everest” brzmiały wówczas wyjątkowo trafnie. Choć ta wycieczka na pewno nie była Everestem moich możliwości, to jednak miałem więcej pokory dla tej góry niż starszy pan podążający moim śladem.

Po chwili stanęliśmy na szczycie. Nie ma tam za dużo miejsca, a gdy po chwili dołączył do nas nasz niespodziewany towarzysz, siedzieliśmy w czterech rogach jak podczas biesiady przy stole. Każdy wyjął z plecaka kanapki i wtedy Jasiek zapytał:

– A nie pierwszy raz weszliście na Ganek?

– Pierwszy raz wszedłem tu 48 lat temu! – usłyszeliśmy w odpowiedzi.

Chwilę później Jasiek komplementował odwagę i umiejętności naszego  nowego kolegi. Choć nie padło to w czasie rozmowy, wszyscy byliśmy pełni podziwu, że dał radę w takim wieku wejść na szczyt, i do tego zupełnie sam.

Nasz gość odpowiedział, że początkowo tego nie planował, ale nasze pytanie, czy wybiera się na szczyt, oraz propozycja wejścia wspólnie, na jednej linie dodały mu otuchy. Po chwili padło wreszcie pytanie, na które każdy z nas czekał:

– Ile ma pan lat?

– Siedemdziesiąt siedem.

Już chwilę później wiedzieliśmy, kim jest ów wyjątkowy człowiek – spotkaliśmy Františka Kele, znanego słowackiego wspinacza, alpinistę, himalaistę, podróżnika, autora książek górskich, człowieka instytucję w Słowacji, lidera pierwszego udanego czesko-słowackiego wejścia na Everest, autora kilkudziesięciu nowych tras wspinaczkowych w Tatrach.

Niesamowite, siedziałem na wierzchołku pięknego szczytu, słuchałem cudownej rozmowy o górach, o trasach wspinaczkowych, które wytyczył nasz towarzysz, o wypadkach na trasach i w tamtej chwili, przez sekundę stałem się uczestnikiem niesamowitej historii. Pomyślałem sobie: „Ja w sile wieku z przewodnikiem, na linie, a taki dziadek sam bez niczego. Szacun!”. Do tego w czasie wspinaczki szedł pewnie, spokojnie, zupełnie inaczej, niż gdy go spotkaliśmy na dnie doliny. Po prostu był w swoim świecie. Odpoczęliśmy, wymieniliśmy się adresami, zrobiliśmy wspólne zdjęcie, które na prośbę naszego towarzysza mu przesłaliśmy, i rozstaliśmy się. My poszliśmy na pobliski szczyt Rumanowy, a František ruszył w dół. Wtedy pomyślałem sobie, że skoro on wszedł tu w wieku 77 lat, a Piotr Pustelnik w wieku 59 lat zdobył swój ostatni brakujący do korony czternasty ośmiotysięcznik, to znaczy, że w górach jeszcze wszystko przede mną! I to chyba prawda. Dodatkowo ferraty znacznie to ułatwiają. Myślę, że to właśnie przez takie chwile jak tamta siedem lat temu powstał nasz przewodnik. To one wciągnęły nas w otchłań gór.

A tam chyba nie ma granicy wieku. Trzeba tylko wybrać odpowiednią trasę i odpowiednich towarzyszy na wycieczkę, a magia gór jest na wyciągnięcie ręki.

A tam, kto to wie, kogo możemy spotkać?

Do zobaczenia w górach i na ferratach!

PS. Zastanawiałem się, wręcz walczyłem ze sobą przez chwilę, czy dopisać zakończenie tej naszej krótkiej historii, czy pozostawić je sobie, ale pomyślałem, że choć smutno, to jednak na własnych zasadach, na warunkach Františka zakończyło się jego życie. Niestety rok po tamtym spotkaniu, 19 października 2014 roku, dostałem od Jaśka wiadomość, że w Dolinie Mięguszowieckiej doszło do dwóch wypadków. W jednym z nich zginął František Kele.

1 Jan Gąsienica–Roj, Międzynarodowy Przewodnik Wysokogórski IVBV/UIAGM/IFMGA, Zawodowy Ratownik TOPR, Przewodnik Tatrzański. W jego rodzinie tradycje przewodników górskich przechodzą od 150 lat – z pokolenia na pokolenie.

Nie ma komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Rozpocznij druk i naciśnij przycisk Enter, aby wyszukać

Koszyk

Brak produktów w koszyku.